piątek, 10 sierpnia 2018

Opowieści Końca Świata. Prolog.


Gdy ludzie postanowili opuścić miasto, wydawało mi się, że nie robi to większej różnicy. Choroba pozbawiła Warszawę przeszło trzech czwartych populacji. Przyjezdni, jeśli zdążyli, wrócili do siebie, reszta zamieszkiwała teraz Bródno, Wólkę, Powązki. Nie tylko u nas tak było. Zanim padł internet i inne drogi komunikacji głośno było o Europie, Stanach, Azji, całym świecie. Wszędzie to samo – śmierć od choroby albo od bomb. Dawno straciłam rachubę, ile miast poszło z dymem. Warszawie jakoś się upiekło, ale chyba tylko do czasu. Zanim urwało dostawy prądu z telewizji i radia nadawano komunikat nawołujący do opuszczenia miasta. Początkowo nieliczni przedstawiciele władzy zajmowali się ewakuacją… ale teraz nie było już nikogo.
            Warszawa była cicha i pusta. Słyszałam tylko pojedyncze samochody przecinające ulice z ogromną prędkością. Blok w którym mieszkałam milczał. Z tego, co wiedziałam, wszyscy sąsiedzi poumierali albo uciekli. Siedziałam na kanapie i bezmyślnie patrzyłam się w wygaszony telewizor. Zagrożenie bombardowaniem było duże. W każdej chwili mogły rozlec się syreny a wtedy mogło by być dla mnie za późno. Jeśli zrzucono by bomby zapalające, nic by ze mnie nie zostało.
            Nie do końca mnie to obchodziło. Rodziców zabrała choroba. Dalsza rodzina albo uległa zarazie albo uciekła z miasta. Przyjaciele tak samo. Wielu z nich, odchodząc, pytało się mnie, co zrobię. Każdemu mówiłam co innego, więc pewnie teraz każdy z nich myślał, że jestem bezpieczna wraz z innymi bliskimi. Dlaczego to zrobiłam? Chyba dlatego, że chciałam tu zostać. Tutaj, w mieszkaniu, które nazywałam swoim domem, gdzie dorastałam, gdzie przeżyłam całe swoje życie. Zostać tu nawet wtedy, gdy spadnie bomba. Nie do końca wiedziałam, po co mam żyć, po co walczyć.
            A jednak, trochę hipokryzji a może przekory, może instynktu, który chciał przeżyć, we mnie było. Plecak stał zapakowany, przygotowany. Rower po przeglądzie, w dobrym stanie, na nim sakwy. Miałam lekarstwa, opatrunki, zapas czystej wody, konserwowej żywności, latarkę, baterie… długo by wymieniać. Sama się dziwiłam, że to wszystko zapakowałam w ledwo trzy pakunki. Jeśli tylko zdecydowałabym się, nazwijmy rzecz po imieniu, żyć, miałam zapasy, aby uciec, aby się ukryć.
            Cicha do tej pory Warszawa nagle eksplodowała dźwiękami. Zawodzące jęki syren alarmowych wymieszały się z pełnymi przerażenia i rozpaczy pojedynczymi ludzkimi krzykami. A jednak ktoś tu jeszcze był, ukryty, teraz żałujący swej decyzji o pozostaniu. To wszystko nie miało dla mnie znaczenia. Chyba podjęłam decyzję – spłonę razem z tym budynkiem, razem z zapasami, które przygotowałam.
            Nie ruszyłam się, nawet nie drgnęłam, gdy syreny wyły coraz ciszej i ciszej. Spuściłam wzrok dopiero, gdy na splecionych dłoniach poczułam mokry nochal. Dwukolorowe oczy Chimery patrzyły na mnie z niepokojem i strachem. Pies oblizywał pysk, popiskując cicho.
            - Chodź! – szepnęłam, zrywając się na równe nogi. Automatycznie złapałam plecak, smycz. Chimera posłusznie pobiegł za mną. Gdy tylko zamknęłam za sobą mieszkanie na klucz (po co właściwie?), zapięłam smycz i pobiegłam do wózkarni po rower. Teraz, tak jak pies, czułam przerażenie. Ręce mi się trzęsły, nie mogłam odpiąć pojazdu. Ledwo udało mi się wyciągnąć go z klatki i wyprowadzić przed blok. Syreny ucichły ale z oddali, z centrum miasta słyszałam pierwsze wybuchy. Przypięłam smycz do roweru i ruszyliśmy.
            Przebierałam nogami najszybciej, jak mogłam, Chimera sprawnie biegł obok. Gdzieś w okolicy nadal słyszałam innych ludzi, dźwięki odpalanych silników. Wjechałam między bloki, z dala od głównych ulic. Jeśli widziałam gdzieś człowieka, szybko zmieniałam kierunek. To kluczenie było mi nie na rękę… jednak z jakiegoś powodu nie chciałam, żeby ktokolwiek mnie dostrzegł.
            Serce waliło mi jak oszalałe, krew pulsowała w żyłach, dyszałam ciężko… ale opłaciło się, do lasu dotarłam szybciej, niż kiedykolwiek. Normalnie zajmowało mi to ze dwadzieścia kilka minut, teraz trasę pokonałam chyba w połowę tego czasu. Natura przywitała mnie jedynie szumem wiatru w koronach drzew. Nie słyszałam żadnych ptaków, ale roślinność świetnie wygłuszała eksplozje dobiegające z miasta.
            Nie zatrzymałam się, nie zwolniłam nawet, dopóki nie dotarłam do środka lasu, do miejsca, gdzie znajdowały się moczary. Zsiadłam z roweru, i poprowadziłam nas z dala od ścieżki, między chaszcze. To nie było ryzykowne – znałam to miejsce jak własną kieszeń, nie raz szlajałam się tu nie tylko za dnia, ale i nocami.
            Znalazłam ogromną kępę krzaków, przedarłam się pomiędzy nie, wlekąc za sobą rower. Chimera nie był zadowolony, i chyba tylko fakt, że dobrze go wyszkoliłam, pomógł mi go zaciągnąć w gąszcz. Zwaliłam się na ziemię i złapałam oddech. Pies położył się koło mnie, przytulił bokiem do mojej nogi. Żyliśmy. A skoro przeżyliśmy bombardowanie, to przed nami był każdy kolejny dzień do przeżycia.

czwartek, 26 lipca 2018

Opowiadanie: Wiara część 1


- Dlaczego wybrałeś to miejsce? – Gabriel skrzywił się, oglądając tłumy ludzi przetaczające się po Placu Zamkowym.
- Bo mają tu dobre restauracje, bo to interesująca okolica, bo kręci się tu mnóstwo roznegliżowanych…
- Dobrze, dobrze, zrozumiałem!
Azarij uśmiechnął się szeroko.
- Gabrielu, jesteś taki niewinny…
- Oczywiście, że jestem! – zaperzył się.
- Słuchaj, mam tu mieszkanie w jednej z kamienic, może skoczymy tam na mały numerek?
- Co? – Gabriel zerwał się z wiklinowego fotela. Pozostali goście restauracji spojrzeli na niego.
Azarij parsknął cichym śmiechem.
- To, to. Ciekawe, czy twoje ciało jest tak samo niewinne, jak twoje myśli. – Przesunął głodnym wzrokiem po jego sylwetce i zatrzymał spojrzenie na biodrach. – Powiedz, nie chciałbyś, żebym…
- Nie! – znowu przerwał mu Gabriel, siadając. – Uspokój się, przychodzę do ciebie z poważną sprawą.
- Eh, niech ci będzie. Co to za – rzucił lekko pogardliwie – poważna sprawa?
Gabriel jednak umilkł, wyraźnie zakłopotany. Sięgnął po wysoką szklankę z wodą i upił kilka łyków. Jego towarzysz nadal uśmiechał się kpiąco, jednak kolejne słowa wypowiedział nad wyraz spokojnym i poważnym tonem:
- Gabriel, mów do mnie. Nigdy nie odwiedziłeś mnie towarzysko. Zawsze był jakiś interes. Czasem zawracałeś mi głowę pierdołami, to fakt, jednak rozumiem, że skoro nalegałeś na spotkanie to coś się dzieje.
Mężczyzna odstawił szklankę i nabrał powietrza w płuca.
- Ludzie przestają wierzyć.
Azarij prychnął.
- Jednak głupota. Tak, przestają, to nie nowość.
- Nie, czekaj, nie rozumiesz. To zaczyna… To zrobiło się… - warknął, rozeźlony.
- Okey, tracicie swoją moc. Zdarza się.
- Nie rozumiesz…
- No, nie rozumiem, bo nie mówisz mi wprost, o co chodzi!
- Anioły masowo znikają. Nie tylko my, diabły też.
Zapadła cisza. Mężczyźni mierzyli się spojrzeniami – Gabriel twardym, napastliwym, Azarij zaskoczonym.
- Cóż – chrząknął w końcu ten drugi. – To naturalna kolej rzeczy… Spójrz na ekipę olimpijską… czy tych z Egiptu. Praktycznie ich nie ma. Są słabi, ledwo dychają. Teraz wasza kolej – wzruszył ramionami.
- Nie pozwolę na to.
- Więc działaj. W sumie, im szybciej, tym lepiej. Nie marnuj czasu, no już, sio – Azarij machnął dłońmi, odganiając towarzysza. Gabriel nie ruszył się, tylko wpatrywał w niego tym samym, twardym spojrzeniem.
- Pomożesz nam.
- Ohohohoho, co to, to nie! To nie moja sprawa, Gabryś, ja się nie wtrącam.
- A i owszem, twoja! Siedzisz z nami w jednym worku!
- Nie, mój słodki, niewinny aniołku. Już dawno się od was odciąłem. Może i pomogliście mi przyjść na ten świat, ale już dawno nie mam z wami nic wspólnego.
- Myślisz, że jak ludzie przestaną wierzyć w boga, to nie przestaną wierzyć w apokalipsę?
- Może i przestaną. Pamiętaj jednak, że już od dawna nie jestem z wami, nie jestem zwiastunem Sądu Ostatecznego – Azarij rozsiadł się wygodnie, odzyskał pewność siebie. Spojrzał na Gabriela z góry, władczo. – Pamiętaj, aniołeczku, że to JA powstrzymałem Sąd Ostateczny… nie raz zresztą. Nie jestem już na usługach waszej mitologii. Jestem już osobnym bytem. I, może ludzie mnie nie czczą, nie modlą się do mnie i nie wierzą we mnie, jako jednego z Czterech Jeźdźców, ale ciągle karmią mnie swoją energią. Tak samo jak pozostałych, jak Heinricha, jak Marię, jak Lucy. Nie jesteśmy już na waszych usługach.
Zapadła cisza. Gabriel wpatrywał się w Azarija bez żadnej emocji na twarzy.
- Po prostu nam pomóż…
- Nie – Azarij wstał. Wyciągnął z kieszeni portfel, położył banknot pod swoją szklanką. – Nie ma w tym nic dla mnie… więc mnie to nie interesuje. Bywaj! – oddalił się szybkim krokiem, zostawiając za sobą zaskoczonego Gabriela.

czwartek, 19 lipca 2018

Opowiadanie: Podróż


Miała na sobie za duży, wyciągnięty kardigan i ciężkie, skórzane buty. Podwinęła kilkukrotnie zbyt długie rękawy, uwalniając dłonie, po czym rozpięła guziki swetra. Wyłoniły się spod niego jeansy, kiedyś pewnie długie, teraz podarte i poprzecierane oraz pomięta, porwana bluzka. Na biodrach nosiła pas z licznymi sakiewkami a z kieszeni spodni wystawały skórzane rękawiczki. Zsunęła z twarzy gogle, stare i znoszone jak reszta ubioru i zawiesiła je na szyi.

Była przeciętna pod każdym względem; ani wysoka, ani niska, ani chuda, ani gruba, ani ładna, ani brzydka. W naszym świecie pewnie nie zrobiłaby większego wrażenia i nie przyciągała by spojrzeń innych. Możliwe, że ktoś popatrzyłby krzywo na jej podarte ubranie, jednak mógłby zrzucić to na karb dziwnej mody, panującej wśród młodzieży.

Jednak ona nie znajdowała się  w naszym świecie.

Nie wiedziała jeszcze, gdzie trafiła. Liczba światów była… nieskończona. A ona zwiedziła może z parędziesiąt. Niektóre z nich były puste, inne zamieszkałe, jedne przypominały nasz świat, drugie różniły się od niego tak bardzo, że wydawało się to niemożliwe. Nigdy nie wiedziała, gdzie się pojawi i co tam zastanie. Istotne było to, że jeśli gdzieś się jej spodobało, mogła tam wrócić. Gdy raz poznała jakiś adres, zapamiętywała go na zawsze.

Była jednak podróżnikiem.

Rzadko wracała do raz odwiedzonej rzeczywistości. Nigdy też nie zostawała w nowym świecie zbyt długo. Czasem jej pobyty były bardzo krótkie. Jeśli trafiła na niezamieszkany świat, spędzała tam kilka dni oglądając faunę i florę – a jeśli ich zabrakło to podziwiała widoki i obserwowała gwiazdy na nocnym niebie. Światy zamieszkałe z zasady badała dłużej, pod warunkiem, że ich mieszkańcy nie uznawali jej za zagrożenie albo pożywienie. Często nie mogła się porozumieć z miejscowymi, rzadko zostawała na tyle długo, aby poznać język, kulturę danego narodu. Jeśli jednak nowopoznana rasa była wyjątkowo przyjazna i chętna do nawiązania kontaktu, zostawała z nimi długo, dni potrafiły zmienić się w tygodnie. Do tych światów czasem wracała. Wybierała wtedy inne miejsce, inne miasto, inny kontynent, inną część świata i poznawała go na nowo.

Nigdzie jednak nie zagrzała długo miejsca i żadnego z poznanych światów nie badała zbyt dogłębnie. Nie starczyłoby jej na to życia. Swojego rodzimego świata nigdy nie poznała do końca – rzadko kiedy opuszczała miejsce, gdzie się urodziła i żyła. Skoro więc swój świat pozostawiła nieodkryty, jak mogła badać te obce?

Miejsce, w którym wylądowała, było piękne. Odetchnęła pełną piersią i spojrzała przed siebie.

Stała na polu porośniętym wysoką, ciemnozieloną trawą, która ciągnęła aż po horyzont, łącząc się na końcu z kontrastowo białym niebem. Podróżniczka zachwyciła się tym firmamentem. Wiele już widziała, ale białego nieba jeszcze nigdy.

Było cicho, niesamowicie cicho. Nie słyszała żadnych zwierząt ani nawet wiatru, który mógłby harcować pośród roślin. Trawa była gładka, spokojna, jednolita, bez skazy. Podróżniczka kucnęła i przesunęła dłonią nad koniuszkami źdźbeł – były miękkie niczym sierść kudłatego zwierza i wdzięcznie uginały się pod dotykiem. Wsunęła rękę głębiej i dotknęła gleby. Była twardawa, sucha, aż dziwiło, że wydała z siebie tak bujną i piękną trawę. Choć, z drugiej strony, poza tą trawą nie rosło tu nic innego.

Podróżniczka wstała. Rozejrzała się wkoło, szukając czegokolwiek. Daleko, po jej lewej stronie, zobaczyła masywny zarys… chyba lasu. Z takiej odległości nie potrafiła ocenić, na co właściwie patrzy. Cokolwiek to jednak było znajdowało się daleko, bardzo daleko. Wędrówka tam mogła zająć jej nawet cały dzień. Ale ona miała czas… dopiero przybyła do tego świata i nie zamierzała go zbyt szybko opuszczać.

Ruszyła żwawym krokiem. Trawa uginała się po jej butami a potem łagodnie prostowała do poprzedniej pozycji. Nadal było idealnie spokojnie – żadnego wiatru, żadnych zwierząt… nawet nieba, choć całkowicie białego, nie pokrywały żadne chmury. Wiedziała jednak, że ten świat jest zamieszkały. Czuła to. Wiedziała, że były tu jakieś istoty. Zastanawiało ją tylko dlaczego to miejsce jest takie… samotne. Ładne, ale samotne.

Tak jak zakładała, podróż trwała prawie cały dzień. Gdy słońce chyliło się ku zachodowi dotarła do linii drzew. Z daleka wyglądały bardzo znajomo. Przypominały jej las do którego jako dziecko jeździła na wycieczki w zimne, jesienne poranki. Były wysokie i smukłe, zupełnie niczym… sosny. Wyobraźnia od razu podsunęła jej zapach żywicy, dźwięk szyszki, uderzającej o ziemię, kłucie igieł, gdy przechadzała się po pokrytym nimi mchu bosymi stopami. Wróciły wspomnienia.

Zatrzymała się, niepewna. Dawno tego nie czuła. Tak dawno, że nawet nie mogła sobie przypomnieć kiedy i gdzie po raz ostatni doświadczyła takich rzeczy. Czyżby to był jakiś znak? Zanim jednak zdążyła zastanowić się nad tą sprawą, wszystkie wrażenia zniknęły. Umknęły gdzieś wątłe wspomnienia zapachów i dźwięków, bo ten obcy, nieruchomy, prawie, że sterylny świat, nie oferował żadnych bodźców.

Wzdrygnęła się. Jacy mogą być mieszkańcy tego świata? Tej pustej, pięknej… a jednocześnie przerażająco spokojnej ziemi. Jakieś przeczucie mówiło jej, że chyba nie chce się tego dowiedzieć.

Szybko włożyła rękawiczki, zapięła sweter i osłoniła oczy goglami. Nie minęła nawet sekunda, a po podróżniczce nie został ani ślad. Nawet ciemna trawa, która wcześniej odsunęła się, robiąc dla niej miejsce, teraz wróciła do swojej sztywnej pozycji.