Gdy ludzie
postanowili opuścić miasto, wydawało mi się, że nie robi to większej różnicy.
Choroba pozbawiła Warszawę przeszło trzech czwartych populacji. Przyjezdni,
jeśli zdążyli, wrócili do siebie, reszta zamieszkiwała teraz Bródno, Wólkę,
Powązki. Nie tylko u nas tak było. Zanim padł internet i inne drogi komunikacji
głośno było o Europie, Stanach, Azji, całym świecie. Wszędzie to samo – śmierć
od choroby albo od bomb. Dawno straciłam rachubę, ile miast poszło z dymem.
Warszawie jakoś się upiekło, ale chyba tylko do czasu. Zanim urwało dostawy
prądu z telewizji i radia nadawano komunikat nawołujący do opuszczenia miasta.
Początkowo nieliczni przedstawiciele władzy zajmowali się ewakuacją… ale teraz
nie było już nikogo.
Warszawa
była cicha i pusta. Słyszałam tylko pojedyncze samochody przecinające ulice z
ogromną prędkością. Blok w którym mieszkałam milczał. Z tego, co wiedziałam,
wszyscy sąsiedzi poumierali albo uciekli. Siedziałam na kanapie i bezmyślnie
patrzyłam się w wygaszony telewizor. Zagrożenie bombardowaniem było duże. W
każdej chwili mogły rozlec się syreny a wtedy mogło by być dla mnie za późno.
Jeśli zrzucono by bomby zapalające, nic by ze mnie nie zostało.
Nie
do końca mnie to obchodziło. Rodziców zabrała choroba. Dalsza rodzina albo
uległa zarazie albo uciekła z miasta. Przyjaciele tak samo. Wielu z nich,
odchodząc, pytało się mnie, co zrobię. Każdemu mówiłam co innego, więc pewnie
teraz każdy z nich myślał, że jestem bezpieczna wraz z innymi bliskimi.
Dlaczego to zrobiłam? Chyba dlatego, że chciałam tu zostać. Tutaj, w
mieszkaniu, które nazywałam swoim domem, gdzie dorastałam, gdzie przeżyłam całe
swoje życie. Zostać tu nawet wtedy, gdy spadnie bomba. Nie do końca wiedziałam,
po co mam żyć, po co walczyć.
A
jednak, trochę hipokryzji a może przekory, może instynktu, który chciał
przeżyć, we mnie było. Plecak stał zapakowany, przygotowany. Rower po
przeglądzie, w dobrym stanie, na nim sakwy. Miałam lekarstwa, opatrunki, zapas
czystej wody, konserwowej żywności, latarkę, baterie… długo by wymieniać. Sama
się dziwiłam, że to wszystko zapakowałam w ledwo trzy pakunki. Jeśli tylko
zdecydowałabym się, nazwijmy rzecz po imieniu, żyć, miałam zapasy, aby uciec,
aby się ukryć.
Cicha
do tej pory Warszawa nagle eksplodowała dźwiękami. Zawodzące jęki syren
alarmowych wymieszały się z pełnymi przerażenia i rozpaczy pojedynczymi
ludzkimi krzykami. A jednak ktoś tu jeszcze był, ukryty, teraz żałujący swej
decyzji o pozostaniu. To wszystko nie miało dla mnie znaczenia. Chyba podjęłam
decyzję – spłonę razem z tym budynkiem, razem z zapasami, które przygotowałam.
Nie
ruszyłam się, nawet nie drgnęłam, gdy syreny wyły coraz ciszej i ciszej.
Spuściłam wzrok dopiero, gdy na splecionych dłoniach poczułam mokry nochal.
Dwukolorowe oczy Chimery patrzyły na mnie z niepokojem i strachem. Pies
oblizywał pysk, popiskując cicho.
-
Chodź! – szepnęłam, zrywając się na równe nogi. Automatycznie złapałam plecak,
smycz. Chimera posłusznie pobiegł za mną. Gdy tylko zamknęłam za sobą
mieszkanie na klucz (po co właściwie?), zapięłam smycz i pobiegłam do wózkarni
po rower. Teraz, tak jak pies, czułam przerażenie. Ręce mi się trzęsły, nie
mogłam odpiąć pojazdu. Ledwo udało mi się wyciągnąć go z klatki i wyprowadzić
przed blok. Syreny ucichły ale z oddali, z centrum miasta słyszałam pierwsze
wybuchy. Przypięłam smycz do roweru i ruszyliśmy.
Przebierałam
nogami najszybciej, jak mogłam, Chimera sprawnie biegł obok. Gdzieś w okolicy
nadal słyszałam innych ludzi, dźwięki odpalanych silników. Wjechałam między
bloki, z dala od głównych ulic. Jeśli widziałam gdzieś człowieka, szybko
zmieniałam kierunek. To kluczenie było mi nie na rękę… jednak z jakiegoś powodu
nie chciałam, żeby ktokolwiek mnie dostrzegł.
Serce
waliło mi jak oszalałe, krew pulsowała w żyłach, dyszałam ciężko… ale opłaciło się,
do lasu dotarłam szybciej, niż kiedykolwiek. Normalnie zajmowało mi to ze
dwadzieścia kilka minut, teraz trasę pokonałam chyba w połowę tego czasu.
Natura przywitała mnie jedynie szumem wiatru w koronach drzew. Nie słyszałam
żadnych ptaków, ale roślinność świetnie wygłuszała eksplozje dobiegające z
miasta.
Nie
zatrzymałam się, nie zwolniłam nawet, dopóki nie dotarłam do środka lasu, do
miejsca, gdzie znajdowały się moczary. Zsiadłam z roweru, i poprowadziłam nas z
dala od ścieżki, między chaszcze. To nie było ryzykowne – znałam to miejsce jak
własną kieszeń, nie raz szlajałam się tu nie tylko za dnia, ale i nocami.
Znalazłam
ogromną kępę krzaków, przedarłam się pomiędzy nie, wlekąc za sobą rower.
Chimera nie był zadowolony, i chyba tylko fakt, że dobrze go wyszkoliłam,
pomógł mi go zaciągnąć w gąszcz. Zwaliłam się na ziemię i złapałam oddech. Pies
położył się koło mnie, przytulił bokiem do mojej nogi. Żyliśmy. A skoro
przeżyliśmy bombardowanie, to przed nami był każdy kolejny dzień do przeżycia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz