czwartek, 19 lipca 2018

Opowiadanie: Podróż


Miała na sobie za duży, wyciągnięty kardigan i ciężkie, skórzane buty. Podwinęła kilkukrotnie zbyt długie rękawy, uwalniając dłonie, po czym rozpięła guziki swetra. Wyłoniły się spod niego jeansy, kiedyś pewnie długie, teraz podarte i poprzecierane oraz pomięta, porwana bluzka. Na biodrach nosiła pas z licznymi sakiewkami a z kieszeni spodni wystawały skórzane rękawiczki. Zsunęła z twarzy gogle, stare i znoszone jak reszta ubioru i zawiesiła je na szyi.

Była przeciętna pod każdym względem; ani wysoka, ani niska, ani chuda, ani gruba, ani ładna, ani brzydka. W naszym świecie pewnie nie zrobiłaby większego wrażenia i nie przyciągała by spojrzeń innych. Możliwe, że ktoś popatrzyłby krzywo na jej podarte ubranie, jednak mógłby zrzucić to na karb dziwnej mody, panującej wśród młodzieży.

Jednak ona nie znajdowała się  w naszym świecie.

Nie wiedziała jeszcze, gdzie trafiła. Liczba światów była… nieskończona. A ona zwiedziła może z parędziesiąt. Niektóre z nich były puste, inne zamieszkałe, jedne przypominały nasz świat, drugie różniły się od niego tak bardzo, że wydawało się to niemożliwe. Nigdy nie wiedziała, gdzie się pojawi i co tam zastanie. Istotne było to, że jeśli gdzieś się jej spodobało, mogła tam wrócić. Gdy raz poznała jakiś adres, zapamiętywała go na zawsze.

Była jednak podróżnikiem.

Rzadko wracała do raz odwiedzonej rzeczywistości. Nigdy też nie zostawała w nowym świecie zbyt długo. Czasem jej pobyty były bardzo krótkie. Jeśli trafiła na niezamieszkany świat, spędzała tam kilka dni oglądając faunę i florę – a jeśli ich zabrakło to podziwiała widoki i obserwowała gwiazdy na nocnym niebie. Światy zamieszkałe z zasady badała dłużej, pod warunkiem, że ich mieszkańcy nie uznawali jej za zagrożenie albo pożywienie. Często nie mogła się porozumieć z miejscowymi, rzadko zostawała na tyle długo, aby poznać język, kulturę danego narodu. Jeśli jednak nowopoznana rasa była wyjątkowo przyjazna i chętna do nawiązania kontaktu, zostawała z nimi długo, dni potrafiły zmienić się w tygodnie. Do tych światów czasem wracała. Wybierała wtedy inne miejsce, inne miasto, inny kontynent, inną część świata i poznawała go na nowo.

Nigdzie jednak nie zagrzała długo miejsca i żadnego z poznanych światów nie badała zbyt dogłębnie. Nie starczyłoby jej na to życia. Swojego rodzimego świata nigdy nie poznała do końca – rzadko kiedy opuszczała miejsce, gdzie się urodziła i żyła. Skoro więc swój świat pozostawiła nieodkryty, jak mogła badać te obce?

Miejsce, w którym wylądowała, było piękne. Odetchnęła pełną piersią i spojrzała przed siebie.

Stała na polu porośniętym wysoką, ciemnozieloną trawą, która ciągnęła aż po horyzont, łącząc się na końcu z kontrastowo białym niebem. Podróżniczka zachwyciła się tym firmamentem. Wiele już widziała, ale białego nieba jeszcze nigdy.

Było cicho, niesamowicie cicho. Nie słyszała żadnych zwierząt ani nawet wiatru, który mógłby harcować pośród roślin. Trawa była gładka, spokojna, jednolita, bez skazy. Podróżniczka kucnęła i przesunęła dłonią nad koniuszkami źdźbeł – były miękkie niczym sierść kudłatego zwierza i wdzięcznie uginały się pod dotykiem. Wsunęła rękę głębiej i dotknęła gleby. Była twardawa, sucha, aż dziwiło, że wydała z siebie tak bujną i piękną trawę. Choć, z drugiej strony, poza tą trawą nie rosło tu nic innego.

Podróżniczka wstała. Rozejrzała się wkoło, szukając czegokolwiek. Daleko, po jej lewej stronie, zobaczyła masywny zarys… chyba lasu. Z takiej odległości nie potrafiła ocenić, na co właściwie patrzy. Cokolwiek to jednak było znajdowało się daleko, bardzo daleko. Wędrówka tam mogła zająć jej nawet cały dzień. Ale ona miała czas… dopiero przybyła do tego świata i nie zamierzała go zbyt szybko opuszczać.

Ruszyła żwawym krokiem. Trawa uginała się po jej butami a potem łagodnie prostowała do poprzedniej pozycji. Nadal było idealnie spokojnie – żadnego wiatru, żadnych zwierząt… nawet nieba, choć całkowicie białego, nie pokrywały żadne chmury. Wiedziała jednak, że ten świat jest zamieszkały. Czuła to. Wiedziała, że były tu jakieś istoty. Zastanawiało ją tylko dlaczego to miejsce jest takie… samotne. Ładne, ale samotne.

Tak jak zakładała, podróż trwała prawie cały dzień. Gdy słońce chyliło się ku zachodowi dotarła do linii drzew. Z daleka wyglądały bardzo znajomo. Przypominały jej las do którego jako dziecko jeździła na wycieczki w zimne, jesienne poranki. Były wysokie i smukłe, zupełnie niczym… sosny. Wyobraźnia od razu podsunęła jej zapach żywicy, dźwięk szyszki, uderzającej o ziemię, kłucie igieł, gdy przechadzała się po pokrytym nimi mchu bosymi stopami. Wróciły wspomnienia.

Zatrzymała się, niepewna. Dawno tego nie czuła. Tak dawno, że nawet nie mogła sobie przypomnieć kiedy i gdzie po raz ostatni doświadczyła takich rzeczy. Czyżby to był jakiś znak? Zanim jednak zdążyła zastanowić się nad tą sprawą, wszystkie wrażenia zniknęły. Umknęły gdzieś wątłe wspomnienia zapachów i dźwięków, bo ten obcy, nieruchomy, prawie, że sterylny świat, nie oferował żadnych bodźców.

Wzdrygnęła się. Jacy mogą być mieszkańcy tego świata? Tej pustej, pięknej… a jednocześnie przerażająco spokojnej ziemi. Jakieś przeczucie mówiło jej, że chyba nie chce się tego dowiedzieć.

Szybko włożyła rękawiczki, zapięła sweter i osłoniła oczy goglami. Nie minęła nawet sekunda, a po podróżniczce nie został ani ślad. Nawet ciemna trawa, która wcześniej odsunęła się, robiąc dla niej miejsce, teraz wróciła do swojej sztywnej pozycji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz